21 kwietnia br. odbyło się uroczyste rozstrzygnięcie konkursu literackiego „Zanim będzie za późno…”, który został zorganizowany z okazji Dnia Ziemi. Uczniowie do wyboru mieli dwa tematy. Jedni wsłuchali się w ciszę natury, oddając głos drzewu w „Spowiedzi ostatniego drzewa”, inni zaś odważnie wybiegli myślami w przyszłość, tworząc „Pamiętnik przyszłości”. Powstały niezwykle interesujące opowiadania i pamiętniki, pełne emocji, kreatywnych pomysłów i często zaskakujących przemyśleń. W swoich pracach młodzi autorzy mogli spojrzeć na Ziemię z zupełnie innej perspektywy. Prace oceniała komisja w składzie: Marzena Kruk-Młynarowicz, Beata Bundyra, Agnieszka Hałucha, zwracając uwagę na pomysłowość, oryginalność oraz poprawność językową.
Klasy IV-VI:
I miejsce: Zofia Piątek, kl. 6 b
II miejsce: Hanna Cepko (kl. 4 b), Lena Soliszewska (kl. 6 a)
III miejsce: Zuzanna Hass (kl. 6 b), Hanna Słotwińska (kl. 4 b)
Wyróżnienia: Antonina Samojednik (4 b), Lena Felkel (6 a), Izabela Otulak (6 a)
Klasy VII- VIII:
I miejsce: Michał Leja (kl. 7 a)
II miejsce: Maja Pik (kl. 7 a), Michał Żmurko (kl. 7 a)
III miejsce: Julia Czajkowska (kl. 8 a), Antonina Probola (kl. 7 a)
Serdecznie gratulujemy wszystkim Uczestnikom!
Konkurs pokazał, że młodzi ludzie nie tylko posiadają talent, ale również ogromną wrażliwość i potrafią mówić o ważnych sprawach w sposób prosty, a zarazem piękny
i poruszający. Koordynatorem konkursu była polonistka Marzena Kruk-Młynarowicz.
IV-VI:
I MIEJSCE
Ostatni oddech zielonej polany – Zofia Piątek, kl. 6b
Spowiedź ostatniego drzewa
Oto jestem…. sam pośrodku… .chyba mogę już to głośno powiedzieć NICZEGO! Jak okiem sięgnął nie ma już prawie nic… A nie! Przepraszam! JEST CZŁOWIEK!
Niemal codzienne mam przed oczami tę zielona krainę, którą kiedyś była moja polana. Pamiętam, jak ciepłymi, letnimi wieczorami w drobniutkich kropelkach wieczornej rosy rozbrzmiewały głosy starych, wielkich dębów. O czym snuły się opowieści? O tym, co każde drzewo chciałoby przeżyć. Jako dziecko, młoda sadzonka wyobrażałem sobie, jak to będzie za 100 lat. Słuchając opowieści starszyzny, bardzo czekałem na to, aby na moich grubych konarach ludzkie dzieciaki rozwiesiły huśtawkę, żeby codziennie w słoneczne dni słychać było w moim rozłożystym cieniu śmiechy zadowolonych maluchów. …Marzyłem też o tym, by zakochani wyryli na mojej korze swoje inicjały, wierząc, że ich uczucie przetrwa tak długo jak ja, a może jeszcze dłużej…. Chciałem być świadkiem pierwszych kroków, pierwszych łez
i pierwszych radości. Pragnąłem dawać schronienie ćwierkającym ptakom, odpoczynek zmęczonym wędrowcom i cień tym, którzy uciekali przed palącym słońcem lub szukali chwili samotności i wytchnienia.
I wiecie co? Przez chwilę naprawdę tak było.
Pamiętam pierwszą huśtawkę. Powiesił ją mały chłopczyk z rudymi, kręconymi włosami o wielkich piegach na radosnej buzi. Skrzypiała lekko przy każdym ruchu, a jej rytm był jak bicie serca tej polany. Inne dzieci śmiały się tak głośno, że aż liście drżały z radości,
a czasami nawet spadały tańcząc w powietrzu. Ptaki budowały gniazda, składały jaja, wysiadywały młode a wiatr przynosił zapach traw i kwiatów. Byłem częścią czegoś większego - życia, które pulsowało wokół mnie, dając poczucie tworzenia historii każdej wiosny i lata.
Ale potem… coś się zmieniło.
Najpierw odeszły dzieci, śmiech, zrobiło się tak bardzo cicho i smutno. Codziennie czekałem, kiedy znowu przyjdą, kiedy je znowu zobaczę. Potem ucichły ptaki, ich głosy były coraz cichsze, aż pewnego ranka już ich nie usłyszałem. Cisza zaczęła otaczać nasza roześmianą polanę, nasze pnie jak zimna jesień. Jeden po drugim moi towarzysze znikali. Nie rozumiałem dlaczego. Słyszałem tylko trzask, krzyk drewna i odgłos upadku. Każdy z nich zostawiał po sobie pustkę, której nie potrafił wypełnić nawet wiatr. Dziwny, zimny hałas z dnia na dzień był coraz bliżej. Nawet nocą nie dawał wytchnienia, pękające gałęzie, szum maszyn, złowrogie krzyki ludzi w oddali i znikający las. Jeszcze miałem nadzieję, jeszcze łudziłem się, że może z dorosłymi ludźmi przyjdą dzieci, że zobaczą pozostawioną huśtawkę, że znowu usłyszę radość i śmiech…
A człowiek… ten sam, na którego tak czekałem… wrócił, ale już nie jako przyjaciel. Stał się końcem mojego lasu, mojej polany, moich planów i marzeń.
Dziś stoję tu sam. Ostatni. Moje korzenie wciąż pamiętają szept dawnych mieszkańców lasu, beztroskie dni. Nie ma już opowieści, które niosła rosa. Nie ma marzeń, które snuły stare drzewa, nie ma śmiechu i bawiących się dzieci. Zostały tylko wspomnienie… i ja pośrodku. Tam, gdzie kiedyś byli moi przyjaciele, teraz są biurowce i nienagannie przycięte trawniki, jest nawet fontanna. Strumyczek, który za moimi gałęziami usypiał polanę, zamilkł i zmienił się w wybrukowaną dróżkę. Nie ma już dzikich zwierząt, które kiedyś tak swobodnie przemierzały tę polanę. Nie słychać jeleni o świcie, nie widać ostrożnych lisów skradających się w wysokiej trawie ani malutkich jeży popiskujących wieczorami. Czasem wydaje mi się, że jeszcze je słyszę. Jakby echo dawnych dni odbijało się od pustki w moim pniu. Kiedyś byliśmy wspólnotą. Drzewa, zwierzęta, wiatr, słońce i ziemia — wszystko było połączone. Każde życie miało swoje miejsce, swój rytm, swoją rolę. Ja dawałem cień i schronienie. Oni dawali ruch, oddech, sens. Czasem patrzę jak zacierają się ślady — ledwo widoczne odciski łap w wyschniętej ziemi, puste nory, porzucone gniazda. To jak książka, której nikt już nie czyta, jak huśtawka, z której nikt już nie korzysta. Codzienne pytam: „Dlaczego? Czy naprawdę było nas za dużo? Czy naprawdę musieliśmy zniknąć, żeby zrobić miejsce? A może po prostu łatwiej było nas uciszyć niż zrozumieć?”
Człowieku… czy kiedy ostatni raz słyszałeś śpiew ptaka, zatrzymałeś się choć na chwilę? Czy poczułeś, że to coś więcej niż tylko dźwięk? Bo dla mnie to był głos życia. Teraz stoję, czekam i uczę się ciszy, której nigdy nie chciałem poznać. Nie wiem, jak długo jeszcze tu będę. Każdy podmuch wiatru przypomina mi, że i na mnie przyjdzie czas. I może wtedy zniknie ostatni świadek tego, co kiedyś było. Lasu, polany radości dzieciństwa i domu dla moich przyjaciół.
Jeśli to TY kiedyś tu przyjdziesz, może mnie dostrzeżesz, może zapytasz ciszę wokół, co się tu wydarzyło. Bądź szczęśliwy człowieku!
……………………………………………………………………….………………………………
II MIEJSCE
Lena Soliszewska, kl. VI a
Niesłuszna kara
Witajcie moi mili. Opowiem wam, jak znalazłem się w tak smutnym, szarym miejscu jak miastowy rynek.
Kiedyś dawno temu, musicie mi wybaczyć, ale nie jestem w stanie stwierdzić jak dawno, żyłem na spokojnej polance. Polanka ta była gęsto obrośnięta źdźbłami trawy. Oprócz mnie – sporego dębu – rosło tu kilka innych drzew mojego rozmiaru i parę mniejszych. Z innymi drzewami i zamieszkującymi je istotami dogadywałem się świetnie. Miałem nawet swoją ksywkę – Dębowy Sympatyk. Zawsze byłem życzliwy dla drzewnych towarzyszy, ptaków, wiewiórek, owadów wszelkich stworzeń.
Ach, jak wspaniałe były zarówno ciepłe i słoneczne dni, jaki i te chłodne sypiące białym puchem. Zawsze spędzałem je na rozmowach z przyjaciółmi, oglądaniu pięknych krajobrazów (bo one nigdy się nie nudzą), zwykłym codziennym życiu.
„Nic nie trwa wiecznie” i tak też się stało…
Pewnego koszmarnego dnia zjawili się ludzie. Ani ja, ani brzózki, świerki, ani ptaki
i owady nie mieliśmy pojęcia, z jakimi zamiarami przyszli. Nikt nie mógł się spodziewać tego, co się stało.
Przybysze włączyli bardzo głośne urządzenia. Hałas nastał okropny, ale jeszcze wtedy nie podejrzewaliśmy najgorszego. Większość zwierząt zwyczajnie odeszła, pewnie na niedaleką łączkę z młodnikiem, ale my – rośliny nie miałyśmy takiej szansy.
Ludzie zaczęli brutalnie wycinać krzewy i mniejsze drzewa. Krzyczały one w cierpieniu błagając o litość. Na próżno… Następnie rozryli trawę raniąc moje korzenie. Bolało to okropnie.
Na koniec wylali czarną maź i pustą przestrzeń wypełnili kamienną kostką.
Minęło zaledwie kilka tygodni. Zostałem tylko ja, dwie brzozy i świerk. Mieszkające z nami ptaki, mrówki i inne stworzenia wyniosły się. Na czarnych ścieżkach pojawiły się maszyny,
z których wydobywał się duszący, cuchnący dym. Plac zapełnił się ludźmi – zrobiło się głośno
i tłoczno. Miejsce to nie przypominało dawnej polanki. Zostałem, choć wciąż wielki – to słaby. Liście zaczęły mi spadać o wiele szybciej, a nowe rosnąć z trudem. Czułem się zmęczony, a w dodatku ludzie dręczyli mnie, nacinając korę, rzucając śmieci. Marniałem.
Aż nadeszła pewna burzowa noc. Wystarczająco zirytowany smagającym moje delikatne gałązki deszczem, nagle poczułem ból. Miałem wrażenie, że palę się od środka. Piekło i bolało jak diabli. Potrzebowałem chwili, by zorientować się, że trafił we mnie piorun. Stało się…
Obecnie mija drugi dzień po burzy. Zbierają się wokół mnie ludzie. Obchodzą mnie dookoła, wskazują na złamaną gałąź i pęknięty duży konar. Jestem słaby i patrzę na tą krzątaninę obojętnie. (….)
Pewnie szpetnie wyglądam. Co oni ze mną zrobią? Potną? Zmielą? Nie spałem tej nocy. Nie miałem siły rozmyślać. Zasnąłem wreszcie w świetle ciepłego poranka. Przebudził mnie wyraźny dotyk i hałas. Zanim się w pełni ocknąłem, poczułem, że mój ból maleje. Grupa ludzi pracowała przy mnie – oj! Oni mnie ratują! Złączyli rozcięte konary, nałożyli kojące maści i opletli mnie mocnymi linami. Poczułem się niesamowicie. Wróciła moc i nadzieja.
Mijały dnie, a ja wyzdrowiałem. Choć wciąż koło mnie wznosiły się szare budynki – byłem szczęśliwy. Zrozumiałem, że istnieją ludzie szanujący środowisko, tacy, którzy cenią wartość przyrody i dbają o nią. Choć spotkała mnie niezasłużona kara (pechowe uderzenie pioruna), jestem spokojny i z optymizmem spoglądam w przyszłość.
…………………………………………………………………………………………..………
II MIEJSCE
Hanna Cepko, kl. IV b
„Spowiedź ostatniego drzewa”
Nazywam się Bartek – Dąb Bartek. Powstałem setki lat temu z małego nasionka, które w ziemi posadził starszy człowiek. Moi najlepsi przyjaciele to woda, słońce i gleba. To dzięki nim wyrosłem na duże, silne i zdrowe drzewo.
Życie jest piękne, ale ciągle zaskakuje i uczy czegoś nowego. Czasem sobie myślę, że tak wiele przeżyłem, że już nic nie jest w stanie mnie złamać. Dziś mam 400 lat i poczucie przemijającego czasu. Z dużą czułością wspominam okres gdy byłem malutki, a wszystko wokół mnie ogromne i nieznane. Minęło sporo czasu zanim zrozumiałem, że rok dzieli się na różne pory. Doba ma 24 godziny, a dzień różni się od nocy. Zrozumiałem, że świat wokół mnie się zmienia mimo, że ja nadal stoję w miejscu.
W moim dotychczasowym życiu byłem domem dla wielu zwierząt, schronieniem dla przydrożnych wędrowców, punktem do obserwacji gwiazd dla zakochanych, miejscem spotkań dla młodych ludzi oraz cieniem w upalne dni dla spracowanych gospodarzy. Dni mijały radośnie, a czas płynął jakoś inaczej.
Dziś świat pędzi do przodu. Jest gwarno. Nikt nie ma czasu, bo ciągle gdzieś się spieszy. Ludzie są zmęczeni i przepracowani. Świat staje się szary i ponury. Przyroda w moim otoczeniu staje się dziwna. Miasto, w którym żyję, przypomina betonową dżunglę. Powstaje coraz więcej nowoczesnych budynków, które zastępują zieleń! Znikają parki, lasy i łąki. Mała ilość roślin powoduje zanieczyszczenie powietrza, a zwiększony ruch samochodowy tylko to pogarsza. Moje listki usychają, a ja tak bardzo chciałbym oddychać świeżym powietrzem.
Tęsknię za zapachem ziemi po deszczu, za poranną rosą, za ciszą lasu. Moje wspomnienia to powrót do beztroskich chwil i krajobrazów z dzieciństwa.
Mam wrażenie, że jestem ostatnim drzewem na świecie, które żyje swoim tempem i ciągle się rozwija.
Wiem, że sam go nie zatrzymam. Mogę tylko liczyć, że stanie się cud, zanim będzie za późno!... i znów usłyszę śmiech dzieci, radosny śpiew ptaków i szum polnych kwiatów swobodnie falujących na wietrze.
……………………………………………………………………………..…………………………………
III MIEJSCE
Hanna Słotwińska, kl. IV b
Spowiedź ostatniego drzewa
Słońce było kiedyś moją przyjaciółką. Teraz pali bezlitośnie moje liście. Stałam kiedyś
w lesie pełnym drzew. Dziś stoję sama na środku, gdzie kiedyś były moje siostry i moi bracia.
Moimi siostrami były sosny, a braćmi dęby, nie przeszkadzało nam to, że byliśmy inni, bo się kochaliśmy. W moich gałęziach było niejedno gniazdo. W nich żyły duże i małe wróbelki.
Były szaro-brązowe, widziałam jak dorastają i jak się bawią. Najbardziej podobało mi się jak bawiły się w berka i w chowanego. Gdy się chowały w moich gałązkach, łaskotały mnie.
Dziś nawet małego pajączka na mnie nie ma. Jestem sama jak palec.
Moje liście na wiosnę były zielone. Gdy nadchodziła jesień zmieniały kolor na złoto-żółty. Moja kora zawsze była biała. Teraz moje liście są takie same we wszystkie pory roku.
Są one brązowe od słońca. Kora stała się bardziej czarna niż biała. Nie wyglądam już jak dawniej.
Nigdy nie zapomnę nocy, której stało się coś strasznego. W letnią, ciemną noc przyjechały wywrotki i wyrzuciły do lasu ogromne ilości worków. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to jest złe. Wywrotki przyjeżdżały regularnie każdego piątku wieczorem gdy gwiazdy były już na niebie. To, co było w workach powoli rozkładało się i przenikało do ziemi. Wszystkie drzewa moje siostry i moi bracia odżywiały się tymi truciznami. Powoli zaczęliśmy umierać. Trwało to długie lata, aż wszystkie drzewa umarły. Zostałam tylko ja.
Przetrwałam tylko dlatego, że posadzono mnie przy rzeczce. Gdyby nie lekkomyślność ludzi nie byłoby tego wszystkiego, a ja i moje rodzeństwo nadal bylibyśmy pełni życia. Chciałabym, żeby wszystko było jak dawniej. Drzewa były pięknie zielone na wiosnę. Latem miałyby piękne, kolorowe owoce, a jesienią wszystko było by złote, żółte, czerwone.
……………………………………………………………………………………………..
III MIEJSCE
Zuzanna Hass, kl. 6 b
„Spowiedź ostatniego drzewa”
Na rynku, w niewielkim miasteczku rosło stare drzewo. Było bardzo samotne i przez to smutne. Na jego ubogiej koronie rzadko przesiadywały jakieś ptaki. Jego gałęzie porastało zaledwie kilka listków. Nikt nie zwracał na nie większej uwagi, nikt nie zasiadał pod nim, bo nie dawało wystarczająco dużo cienia.
Pewnego dnia na drzewie pojawił się słowik. Drzewo przez chwilę poczuło się potrzebne, jak za dawnych lat. Tak bardzo tęskniło za wszelkim towarzystwem.
- Jak dobrze, że przyleciałeś! – prawie krzyknęło drzewo z radości.
Słowik zdziwiony jego reakcją odpowiedział:
- A co tak Cię dziwi moja wizyta? Pewnie na co dzień masz wielu gości.
I właśnie w tym momencie drzewo zaczęło swoją przykrą opowieść. Mówiło o swoich korzeniach, które kiedyś rosły swobodnie, a teraz są pod szczelnie wyłożoną kostką brukową. Następnie opowiedziało o ptakach i wiewiórkach, które wolą zamieszkiwać inne piękniejsze drzewa. Kiedyś, gdy w tym miejscu rosło dużo drzew i roślin, również ono miało częste wizyty gości. Spacerowicze rozkładali swoje kocyki i siadali w jego cieniu. Relaksowali się przy szumie liści
i śpiewie ptaków. Wszystkim było bardzo dobrze. Drzewo słuchało różnych ciekawych opowieści i słyszało głośne śmiechy dzieci. Jedni przysiadali na krótką chwilkę, a inni robili sobie drzemkę. Po latach wspaniałego życia, nadszedł czas rozpaczy i bezsilności. Ludzie, którzy do tej pory tu odpoczywali zdecydowali o wycięciu prawie całej roślinności. Zapanowała wtedy straszna cisza. Każda mała i duża roślinka przeżywała te słowa. Samotne drzewo, które było wtedy najstarsze w otoczeniu czuło się odpowiedzialne za wszystko, co zielone. Jednak było bezsilne i z ogromnym bólem patrzyło, jak każda najmniejsza roślinka zostaje usunięta. A przecież nie tak dawno widziało jak ludzie je sadzili. Czuło ogromną rozpacz na wspomnienie, że młode i ładniejsze drzewka niż ono zostały wycięte, a brzydkie i spróchniałe drzewo ciągle rosło.
Z roku na rok zaczęło usychać coraz to bardziej, przede wszystkim, dlatego że brakowało mu zielonych towarzyszy, ćwierkających przyjaciół i gadatliwych przechodniów.
Słowik milczał. Był tak bardzo poruszony historią drzewa, na którym nie drgnął żaden listek.
W końcu zapytał:
- Czy mogę Ci jakoś pomóc?
- Niestety nie… - odpowiedziało smutnie drzewo.
– Moje dni dobiegają końca, jestem coraz słabsze. Ale mam do Ciebie jedną ważną prośbę.
- Oczywiście zrobię to, o co poprosisz! – powiedział słowik.
A drzewo odpowiedziało:
- Mam cenną wiadomość dla całego świata: my rośliny nie prosimy ludzi, by pomagali nam rosnąć, wystarczy, że dadzą nam spokój i nie będą nas niszczyć. Słowik oczywiście obiecał, że będzie głosić tą istotną informacje. Dodał także, że postara się odwiedzać je częściej i dotrzymać mu towarzystwa do końca jego dni.
VII- VIII:
I MIEJSCE
Michał Leja, kl. VII a
Spowiedź ostatniego drzewa
O czym szumi lipa?
Dawno, dawno temu w małej galicyjskiej wsi pewnemu gospodarzowi urodził się pierworodny syn. Aby upamiętnić to doniosłe wydarzenie, postanowił zasadzić drzewo, a że jego pasją było pszczelarstwo, wybrał lipę. I tak trzy miesiące po narodzinach dziecka, na środku podwórka pojawiłam się ja – najpierw dorodna sadzonka, a później coraz większe drzewo, stając się świadkiem wszystkich zmian, jakie zachodziły w tej rodzinie i na świecie.
Początkowo wszystko przebiegało utartym szlakiem. Po dziesięciu latach byłam już całkiem sporym drzewem, po raz pierwszy zakwitłam i w moich liściach zabrzęczały pszczoły, a gospodarz zebrał pierwszy lipowy miód z moich kwiatów. Na najgrubszej gałęzi zawisła huśtawka dla synka gospodarza i jego młodszego brata i siostry. W moim cieniu stanęła ławeczka, na której zasiadała gospodyni i jej koleżanki, aby po pracy odpocząć, pośpiewać i poplotkować. Czas płynął wolno. Co roku pachniały zasadzone pod płotem bzy, jaśminy i ja, a także duma gospodyni – bordowe i różowe piwonie oraz wysokie malwy. W leszczynie za domem buszowały wiewiórki, od wiosny do późnej jesieni świergotały ptaki, jaskółki przepowiadały deszcz, zimą zlatywały się sikorki, aby posilić się słoninką zawieszoną wśród moich gałęzi. Było gwarnie i wesoło, odgłosy natury mieszały się z ludzkimi głosami: śpiewem, nawoływaniem do pracy i zabawy, litanią odmawianą w maju przy małej kapliczce.
Na świecie działo się coś złego, o czym donosiły mi bociany przylatujące na wiosnę
i robiące sobie na moich konarach przystanek w dalszej drodze do swoich gniazd. Wybuchła wojna. Słyszałam dalekie wybuchy, widziałam łunę pożarów – to płonęły inne drzewa, moi leśni pobratymcy. Na szczęście ta wielka tragedia ominęła moje podwórko i moją rodzinę.
Wydawało się, że wszystko co najgorsze minęło, a jednak nie. Zaczął się czas ogromnych zmian. Wszędobylskie wróble i ciekawskie sroki donosiły mi, że w całym regionie zamiast piaszczystej drogi pojawia się czarna, śmierdząca maź zwana asfaltem. Do nas też zawitał ten wynalazek, a wraz z nim wysokie słupy, które miały zastąpić ciepły blask świec i lamp naftowych. W jaki sposób, to do dziś nie wiem, ale rzeczywiście, wieczorami w oknach pojawiało się mocne, rażące światło. Po drodze zamiast furmanek i bryczek zaczęły jeździć samochody, początkowo niewiele, ale z czasem coraz więcej. Jak one głośno warczały
i śmierdziały. Nie dało się porozmawiać z bzami i jaśminem, a od tego duszącego zapachu
i kłębów dymu nieraz zwijały mi się listki i kwiaty.
A potem stało się coś strasznego, zmarła gospodyni, później gospodarz, a ich dzieci rozjechały się po świecie. Podwórko wyludniło się, nie było kur, kaczek, zniknął koń Kuba
i krowa Czarnula. Powycinano bzy, jaśmin, leszczynę, a biedne piwonie i malwy bez troskliwej ręki gospodyni zmarniały. Tylko najstarszy syn zamieszkał w pobliskim miasteczku, zresztą moja przedwojenna wioska stała się częścią miasta. Starał się jak najczęściej bywać na swoim „ranczu”, jak mawiał, ale wiadomo - wojsko, studia, pobyt za granicą, małe dzieci nie sprzyjały częstym odwiedzinom. Kiedy jednak znalazł czas, to zawsze pieszczotliwie głaskał mój pień, abym nie czuła się tak zupełnie samotna.
Czas płynął, najstarszego syna też zabrakło, a na moim podwórku wybudowano dom, w którym zamieszkał wnuk pierwszego gospodarza ze swoją rodziną. Jakże się cieszyłam, że znów pojawi się prawdziwe, gwarne życie. Niestety, zawiodłam się srodze. Na miejscu bzów
i jaśminów nowy właściciel zasadził tylko jedną pnącą różę i kilka paskudnych tui. Zresztą, moje gałęzie sięgały naprawdę wysoko i widziałam takie krzaki na większości podwórek
w okolicy. Co za paskudny zwyczaj, przecież te krzewy ani ładnie nie wyglądają, ani nie pachną, ani do niczego pożytecznego nie służą; chyba tylko do tego, aby odgrodzić się od sąsiadów. Niczego więcej nie zasadzono, bo rudy pies państwa biegał, gdzie chciał i wszędzie kopał dziury. To jedyna pozytywna zmiana, jaką zauważyłam w podejściu do natury – psy nie są uwiązane na łańcuchach i traktuje się je dobrze, jak członków rodziny, bawi się z nimi, chodzi na spacery, zabiera do weterynarza, gdy chorują. A poza tym nic dobrego się nie działo – nawet trawie nie pozwalano swobodnie rosnąć, bo w letnim sezonie pan co tydzień włączał jakąś warczącą maszynę i ścinał źdźbła prawie do samej ziemi. Zresztą dużo tej trawy nie było, bo wybudowano garaż na dwa samochody, wyłożono kostką podjazdy i ścieżki, co zatrzymywało życiodajny deszcz.
Czas mijał i mimo własnego podwórka wszyscy siedzieli zamknięci w domach. Raz zajrzałam przez okno i zobaczyłam, że cały czas patrzą w duże lub małe prostokątne pudełka, jakby tam toczyło się ich życie. Nic już nie było takie same, ani śpiewu starszych gospodyń, ani głosów zabawy dzieci. Cisza. Żurawie i jaskółki powracające z ciepłych krajów donosiły mi, że wszędzie wycina się drzewa, a na ich miejsce stawia się olbrzymie budynki – betonowe, metalowe, przeszklone bloki, apartamentowce, centra handlowe, ośrodki wypoczynkowe, fabryki. Coraz więcej ludzi mieszkało w miastach, bo tam była praca i lepsze perspektywy.
A ja myślę, że stali się bardzo wygodni, nikomu już nie chciało się uprawiać ziemi, żyć zgodnie z rytmem natury. Miasteczka i wsie wyludniały się. I moje podwórko znów stało się puste. Zabrakło pana, syn wyjechał na studia do dużego miasta, po pewnym czasie pani pojechała do niego i nikt z nich już tu nie wrócił.
Stoję samotna na opuszczonym podwórku, bo po strasznych mrozach, gorących
i wyjątkowo suchych latach zginęły tuje, trawa i krzak róży. Tylko ja trwam. Czuję
w gałęziach, że jestem ostatnim drzewem na Ziemi. Nikt mnie już nie odwiedza. Nie ma pszczół. Nie ma bocianów, jaskółek, nawet pospolitych wróbli. Wiatr, który hula po świecie, mówi mi, że są pozamykane w rezerwatach przyrody jako ginące gatunki. W powietrzu jest tak mało tlenu, że z trudem oddycham, a w dużych miastach nie ma go prawie wcale. Jest tak cenny, że ludzie muszą mieszkać i pracować pod srebrzystymi kopułami w wielotysięcznych gromadach, aby nie marnować cennego pierwiastka na jedną czy kilka osób. Nic dziwnego, nie ma przecież drzew, a to my byliśmy płucami Ziemi. Wiem od wiatru, że człowiek podbija Kosmos, wylądował na Księżycu, chce skolonizować Wenus i Marsa. Pytam się: „Po co? Przecież zmarnował swoją planetę, nie umiał właściwie o nią zadbać. Chce teraz powtórzyć to w innym miejscu?”
Ludzie, macie jeszcze szansę na powrót do normalności! Dopóki żyję ja - lipa możecie wszystko naprawić. Wprawdzie bardzo powoli, ale natura się odrodzi, wystarczy jedno moje nasionko. Tylko zechciejcie, proszę w imieniu przyszłych pokoleń!
…………………………………………………………………………………………………………..
II MIEJSCE
Maja Pik, kl. VII a
Nie pamiętam dnia, w którym się narodziłem. W moim świecie czas nie ma dat ani również godzin. Mierzę go inaczej, smakiem deszczu, zapachem ziemi i ciepłem słońca na korze. Pamiętam jednak, że na początku wszystko było proste, ciche i prawdziwe. Byłem tylko małym pędem, cienkim jak źdźbło trawy. Wokół mnie rosły inne drzewa, wysokie i pełne życia. Ich korony splatały się nad ziemią, tworząc zielony dach, przez który słońce przebijało się delikatnie, jakby nie chciało nikogo zbudzić. Szumiały między sobą, opowiadając historie, których ja nie rozumiałem, ale czułem, że są ważne. Las był wtedy światem idealnym...Ptaki budziły dzień śpiewem, wiatr bawił się naszymi liśćmi, a ziemia oddychała spokojnie. Wszystko miało swoje miejsce. Zwierzęta przechodziły obok mnie, nie bojąc się, a ja uczyłem się ich obecności. Byliście tam też wy, ludzie! Ale inni niż teraz, cichsi i spokojniejsi. Jakbyście wiedzieli, że jesteście tylko gośćmi. Pamiętam dziecko, które kiedyś przytuliło się do mojego pnia. Byłem wtedy jeszcze młody, ale poczułem coś dziwnego, miałem wrażenie, że jestem wyjątkowy.
Z biegiem lat rosłem. Moje korzenie sięgały głębiej, szukając wody i siły, a gałęzie wspinały się ku niebu. Widziałem coraz więcej. Słyszałem więcej. Rozumiałem więcej, wtedy wszystko zaczęło się zmieniać. Najpierw pojawiły się obce dźwięki. Głośne, ostre, nienaturalne. Zakłócały spokój, do którego byliśmy przyzwyczajeni. Ptaki zaprzestały śpiewać, zwierzęta uciekały, a liście drżały, jakby czuły nadchodzące zagrożenie. Potem pojawiliście się wy, ale już nie tacy jak wcześniej. Nie patrzyliście na nas jak kiedyś. Przestaliście widzieć w nas życie. Staliśmy się dla was tylko tłem, przeszkodą, materiałem. Pamiętam dzień, w którym upadło pierwsze drzewo. Było stare i silne. Stało obok mnie przez wiele lat. Jego korzenie były głębokie, a korona szeroka niczym niebo. Kiedy runęło, ziemia zadrżała, a w powietrzu pojawiła się cisza, której nigdy nie czułem. To nie była cisza spokoju, lecz cisza straty i lęku, która z każdym dniem stawała się cięższa. A potem pojawiała się coraz częściej. Drzewo po drzewie. Każde z nich znikało, jakby nigdy nie istniało. Las, który kiedyś był gęsty i pełen życia, zaczął umierać. Światło słońca przestało być łagodne i delikatne, stało się ostre i bezlitosne. Plastikowe butelki leżały między nami, błyszcząc nienaturalnie w słońcu. Papierki szeleściły na wietrze, lecz nie niosły żadnych historii. Szkło wbijało się w ziemię, raniąc tych, którzy wciąż próbowali tu żyć. Widziałem ptaka, który budował gniazdo z plastiku, zwierzęta myliły odpadki z pożywieniem, a życie w lesie powoli gasło. Stałem bez ruchu. Nie mogłem krzyczeć ani uciec, mogłem tylko obserwować.
Z czasem głosy drzew ucichły, aż szum liści zamienił się w samotny szept. Las opustoszał, aż w końcu pozostałem sam. Jestem ostatnim drzewem w miejscu, które kiedyś było lasem. Moje korzenie nadal trzymają się ziemi, choć coraz trudniej znaleźć w niej czystą wodę. Liście łapią światło, choć niebo coraz częściej przysłania dym. Trwam, choć wiem, że to nie może być wiecznie.
Widzę ludzi każdego dnia. Przechodzą obok, nie zawsze zauważają moją obecność. Dla nich jestem tylko drzewem, jednym z wielu. Ale ja wiem, że większości już nie ma, choć czasem pojawia się nadzieja. Zdarza się, że ktoś podniesie śmieć i zabierze go ze sobą. Ktoś inny dotknie kory z ostrożnością, jakby rozumiał, że to coś żywego. Zatrzymują się ludzie, którzy choć na chwilę milkną i naprawdę rozumieją. Takie chwile są jak deszcz po długiej suszy, dają siłę, by trwać dalej. Bo choć jestem tylko drzewem, czuję więcej, niż mogłoby się wydawać. I wierzę, że ludzie mogą jeszcze coś zmienić. Nie pragnę świata bez ludzi. Pragnę świata, w którym potraficie znów dostrzegać. W którym zatrzymacie się choć na moment i zrozumiecie, że wszystko jest ze sobą połączone – wy, drzewa, ziemia, niebo i czas. Jeśli kiedyś mnie zabraknie, niech nie zostanie pustka. Niechaj pozostanie pamięć. Może wtedy las jeszcze powróci. A ja, nawet jeśli zniknę, będę częścią tej historii. Bo ja jestem ostatni...Ale nie musi tak pozostać...
…………………………………………………………………………………………………….
II MIEJSCE
Michał Żmurko, kl. VII a
Z pamiętnika…
Ziemia, rok 2999
Drodzy, jak wyobrażacie sobie przyszłość? Wydaje mi się, że myślicie
o latających samochodach i wielkich miastach, czystych oraz pełnych zieleni ulicach. Niektórzy myślą o całkowicie ekologicznym świecie, w którym ludzkość opamiętała się i przestała zanieczyszczać środowisko. Otóż przyszłość jest teraz i wcale nie przypomina wymysłów ludzi sprzed lat, wszystko co nas otacza, to sztuczne, pełne szarości i brudu miejsce, nie przypominające dawnych czasów.
Jak do tego doszło? Ludzie nie widząc powodu do życia na powierzchni planety, zdecydowali się na zamieszkanie w chmurach i przestali przejmować się światem
na dole. Gdy mieszkańcy opuścili znane im miejsca i osiedlili się w podniebnych miastach, zaczęli masowo wyrzucać śmieci na dół, co skutkowało zasypaniem powierzchni mórz
i kontynentów śmieciami i niepotrzebnymi sprzętami.
A na górze nie było jednak tak dobrze, jak myślano. Ludzie zaczęli dzielić się na dwie grupy, biedniejszych i bogatych, przy czym ci pierwsi pracowali dla drugich za śmieszne pieniądze. Bogaci wyśmiewali biedniejszych i celowo utrudniali im życie przekupując policję i urzędników. Biedni oczywiście sprzeciwiali się dyktaturze i wnosili skargi do urzędów, lecz to nie skutkowało, ponieważ to ci mieszkający w podniebnych willach mieli władzę.
Po wielu latach ciągłych poniżeń, kpin i braku szacunku wybuchło powstanie,
na którego czele stanęli najwięksi przeciwnicy reżimu. Znam przebieg zdarzeń z relacji Babci, która była sanitariuszką w obozie partyzantów. Ach, nawet sobie nie wyobrażacie, co czułem słuchając jej opowieści – targały mną emocje tak silne, że łzy same cisnęły się do oczu, serce waliło jak oszalałe, a myśli kłębiły się w głowie. Śledziłem, każdy ruch warg Babci, starając się nie uronić choćby jednego słowa, które wypowiadała. Czułem, że muszę wszystko zapamiętać. Miałem wrażenie, że jestem wśród tych ludzi, stoję razem z nimi ramię w ramię – to było niesamowite uczucie.
Pierwsze dni walk miały miejsce w slumsach, czyli tak nazywanych osiedlach biedniejszych, następnie szturmowi uległy urzędy stolicy podniebnego świata. W trakcie licznych oblężeń, ludzie będący w armii powstańczej, zaczęli odzyskiwać dobry nastrój widząc, jak upadają „twierdze” wroga. Niestety najgorsze miało dopiero nadejść. Kiedy przebito się przez centrum, przyszedł czas na wejście do dzielnicy bogatych, czyli najlepiej zaopatrzonej części miasta, gdzie czekała na powstańców policja i oddziały wojska. W trakcie szturmu na dzielnice wiele osób poległo lub zostało złapanych. Mimo przewagi wroga partyzanci nie ulegli i nadal atakowali, przy czym udało im się przekonać część policjantów i żołnierzy do przejścia na ich stronę.
Spisuję ten pamiętnik dla nas wszystkich, tych, którzy jesteśmy tu i teraz i tych, którzy będą po nas, abyśmy mieli świadomość błędów i ich konsekwencji, spisuję ku przestrodze...
Ostatecznie, gdy powstańcy zdołali pokonać przeciwnika, druga strona zgodziła się na podpisanie ugody mającej na celu zlikwidowanie nierówności społecznych i ograniczenie zanieczyszczania środowiska. Po powstaniu ludzie rozpoczęli działania mające na celu próbę ocalenia świata pod nimi, przed zagładą od śmieci i brudu. Wiele zakładów produkcyjnych,
z których wszystkie chemiczne odpady były zrzucane na ziemię, zostało natychmiast zamkniętych. Zdemontowane materiały wykorzystano do zbudowania ekologicznych przetwórni śmieci na energię elektryczną. Jednocześnie najwięksi uczeni opracowywali metody filtracji zanieczyszczonej wody w oceanach i opracowano sposoby na przetransportowanie roślin z podniebnych rezerwatów. Powodem tych działań był fatalny stan flory ziemskiej, która po zrzucaniu śmieci zaczęła zamierać, dlatego koniczne było sprowadzenie zdrowych okazów z góry.
Skoro już wspomniałem o zniszczonych roślinach na powierzchni ziemi, to muszę również opowiedzieć o zwierzętach usiłujących przetrwać w paskudnym i zniszczonym świecie. Kiedy ludzie opuścili ziemski świat, nie przejmowali się zwierzętami, choć wiedzieli, że muszą zabrać ze sobą część z nich (uznane za pożyteczne), by ich gatunki nie wyginęły. Oczywiście na górze nikt nie zafundował im pastwisk tylko klatki z jedzeniem i wodą.
A na ziemi sytuacja wyglądała tragicznie. Każde zwierzę walczyło o pokarm i czystą wodę, często bez powodzenia, co doprowadzało do licznych śmierci przez wygłodzenie. W tym wszystkim przetrwać mogli tylko najsilniejsi drapieżnicy, polujący na bezbronnych roślinożerców, którzy nie mieli już jedzenia. Jedynie wysokie partie górzystych krain nie wyglądały tak źle, ponieważ góry śmieci nie urosły na tyle, by zasypać tamte okolice. Dzięki temu owce, kozy i inne zwierzęta mieszkające w górach mogły cieszyć się nieco lepszymi warunkami –choć gdyby nie powstanie na górze, one również zostałyby zasypane przez śmieci. Czysta woda pozostała tylko wysoko w górach, gdzie rzeki miały źródła i znajdowały się jeziora.
Drodzy moi, zwrot ku normalności nie był prosty. Gdy ludzie powrócili
na powierzchnię planety, musieli rozwiązać kolejny problem wynikający z ich wcześniejszych złych decyzji, a mianowicie skażenie gleby oraz całkowity brak surowców mineralnych, z powodu wcześniejszego ich wydobywania na potrzeby podniebnego miasta. Z tym również sobie poradzono. Postanowiono zdać się na naturę w sprawie oczyszczenia gleby, poczekano, aż to ona naturalnie pozbędzie się chemikaliów. Jeśli chodzi o surowce, to zdecydowano zastąpić je naturalnymi budulcami, wykorzystując technologie sprzyjające środowisku.
Uporano się z problemami, a ludzkość zaczęła nowe życie odchodząc od dawnych nawyków i przestrzegając młodsze pokolenia przed swoimi błędami, które omal nie doprowadziły do zagłady Ziemi. Utrwalam te zdarzenia w Pamiętniku, ponieważ jest to pewnego rodzaju przesłanie, spuścizna, którą należy przekazywać z pokolenia na pokolenie, zachowywać w sercach i pamięci. Chciałbym, aby zostało to potraktowane jako przestroga
i wyznacznik dla następnych pokoleń.
Myślę, że przyszłość ”ma przyszłość”. Jestem pełen optymizmu i wierzę w ludzi, wierzę,
że wyciągną naukę z przeszłości. Dostrzegą, że cywilizacja, postęp jest dobry, gdy wszystko jest na swoim miejscu, gdy dobrze postępujemy, mądrze zarządzamy. Dbamy o dobro wszystkich, szanujemy siebie i swój dom – Ziemię.
………………………………………………………………………………………………………………………
III MIEJSCE
Antonina Probola, klasa VII a
„Pamiętnik przyszłości”
Pewnie zastanawia Cię, co spotka nas w przyszłości..? Rozumiem Cię - to też była moja zagwozdka, do pewnego dnia.
Był to pierwszy dzień w nowej szkole, bardzo się stresowałam. Czułam jakbym nigdzie nie pasowała. Nikt ze mną nie rozmawiał i nie miałam przyjaciół, tęskniłam za podstawówką. Po całym dniu udałam się w nieznany mi las, aby odpocząć. Nagle pewna roślina przykuła moją uwagę… Było to drzewo z kolorowymi liśćmi na środku jeziora, po którym pływały perfekcyjnie białe łabędzie. Aby dostać się do drzewa potrzebowałam czegoś, czym mogłabym tam dopłynąć. Po trzydziestu minutach rozmyślania wpadłam na pomysł, aby zbudować łódkę z gałęzi. W końcu udało mi się dotrzeć do tajemniczej kolorowej rośliny.
Postanowiłam dotknąć drzewa, wtedy moje życie zmieniło się...Na liściach ukazały się twarze z oczami i ustami. Nagle drzewo wciągnęło mnie do siebie. Pierwsze co zobaczyłam były wielkie wieżowce, na których widoczne były billboardy: „Witamy w 2090 roku-…”. Nawet nie wiecie jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam robo-psy. Robot miał cztery smukłe łapki wyprodukowane na podobieństwo mięśni i stawów. Zamiast futra jego ciało pokrywała gładka obudowa zrobiona z metalu. Na twarzy znajdowały się oczy zrobione ze świateł LED, które zmieniają kolor w zależności od nastroju robo-psa. Robot poruszał się bardzo płynnie, potrafił biegać i skakać. Był bardzo inteligentny.
Po pewnym czasie poszłam za grupą ludzi na salę odlotów. Następnie udałam się odrzutowcem na drugą stronę robo- miasta. Coś w krajobrazie przykuło moją uwagę. Był to wyróżniający się czarny obszar pochłonięty dymem, ziemia nie była naturalnie brązowa, lecz czarna i tłusta jak smoła. Jakość powietrza pozostawiała wiele do życzenia- przy każdym oddechu drapało mnie w gardle. Postanowiłam, że nie zignoruję tego, więc zmieniłam kierunek swojej trasy. Gdy dotarłam na miejsce zauważyłam wypalone drzewa, zdechłe ryby w rzece, sterty wyrzuconego plastiku, szkła które się jeszcze nie rozłożyło. Obserwując sterty plastiku, zdałam sobie sprawę z tego, że to co nazywano postępem, progresem, miało swoją mroczną cenę, której uwierzcie nikt nie chciałby oglądać!
Na moje szczęście drzewo „wyrzuciło” mnie z powrotem do lasu…. Jeszcze przez pewien czas leżałam w bezruchu, zszokowana, rozczarowana...dotykałam nieregularnych kształtów kory, co na ten moment wydało mi się czymś niezwykłym. Zrozumiałam, że przyszłość, jaką widziałam nie musi tak wyglądać!
Powinniśmy dbać o środowisko, ponieważ jest ono podstawą naszego życia. To dzięki naturze możemy mieć czyste powietrze, wodę do picia oraz żywność. Jeśli niszczymy środowisko, to też szkodzimy sobie. Zdrowie człowieka jest związane ze stanem przyrody. Zanieczyszczone powietrze i woda mogą prowadzić do wielu chorób, dlatego ochrona środowiska pomaga nam żyć dłużej i zdrowiej. Dbanie o środowisko to troska o przyszłe pokolenia. Jeśli dziś nie będziemy odpowiedzialni, kolejne pokolenia mogą mieć poważne problemy. Dlatego zacznijmy od małych zmian we własnym życiu- w domu, w szkole…!
…………………………………………………………………………………………………
III MIEJSCE
Julia Czajkowska, kl. VIII a
,,Spowiedź ostatniego drzewa”
Nie mogę przypomnieć sobie chwili, w której jeszcze wszyscy byliśmy razem. Kiedyś zwykłem słyszeć nocne szepty pośród szumów wiatru. Głośne rozmowy za dnia, w których chętnie uczestniczyłem. Teraz pozostała tylko cisza. Zostałem sam.
Wybacz Ziemio, że nie zdołałem uratować moich przyjaciół. Musiałem bezczynnie patrzeć jak jedno upada na drugie. Nie wiedziałem, co robić, gdy ich korzenie zostały wyrwane, byłem świadomy jedynie tego, że razem z ich żywotem zakończyły się też moje dni.
Pamiętam, jak ptaki budziły mnie co dzień swoimi śpiewami. Nigdy tego nie doceniałem, jednak żałuję bardzo, że wydawało mi się to meczące, że nie zdążyłem poznać się na tym, jakie jeszcze skarby skrywa ta ziemia. Wiatr, który zwykł śpiewać melodie pośród mych liści nagle ucichł, a zamiast tego pojawiły się tylko ciche szepty pytające, dlaczego zostałem.
Nie znam odpowiedzi na to pytanie, natomiast wiem jak bardzo samotny stał się ten świat. Cisza ciężko osiada na mych liściach, a ja próbuje przypomnieć sobie życie, którego już nie ma. Nikt już na mnie nie patrzy, a mimo to wciąż rosnę.
Może właśnie na tym polega moje istnienie, by pamięć o innych nigdy nie zginęła.